Czas żarów południowych płomiennego stepu:
Na pustyni bezbrzeżnej hymny lazurowe
Nieskończonej otchłani błękitnego sklepu;
Rozciągnięte lubieżnie na piaskach lwy płowe;
Miedź lśniąca, metaliczna pełzających gadów,
Uparty, monotonny, ciągły syk szarańczy;
Pościg strusiów, szalonych pustyni nomadów;
Taniec palmy na jednej nodze opętańczy.
A nagle - srebrne szmery i piany potoku,
Szum jodeł zawieszonych u przepaści stoku,
Przedświtu wiosennego najświętsza godzina,
I biała epifania kapłanki Odyna
Z brzęczeniem pszczół w jej włosów złocistych pożarze:
- Zbłąkanej karawany mych myśli miraże!
Widzisz tę konchę, co pod niebem z fali,
Rzucona w głebi oceanu toni
Spoczywa cicho wśród splotów korali?
Ona, gdy fala o jej pierś dzwoni,
Skargą boleści swojej się nie żali,
A tylko w głębi cichą łzę uroni;
W sobie zamknięta, jak w zbroi ze stali,
Łzy zmienia w perły, które rybak goni.
I ty, zrodzony na tym łez padole,
Ukryj zazdrośnie w głębi serca bole;
Niech tłum w twej duszy burzy nie odgadnie,
A tylko spokój czyta na twym czole;
Duma milczenie niech na usta kładnie,
A znajdziesz perły w sercu - na dnie.