Ziejąc zatrute, zgniłe tchnienie,
Stęchłych wód tonie ołowiane
Leżą, bezwładnie odrętwione,
Wsłuchane w martwe swe milczenie.

Patrząc na wód tych czarne tonie,
Białością swoją przerażona,
Chłonąc wyziewy ich zatrute
Lilia omdlałe schyla skronie.


W łuszczastą karacenę odzian olbrzym hardy,
Filistyńczyk z Geth, Goliath w miedzianym puklerzu,
Trzymając Izraela na hańby pręgierzu,
Ciska mu w twarz wyzwanie i słowa pogardy.

Ku niemu szedł młodzieńczyk. Siłacz pełen wzgardy
Patrzał, jak biegł ten pastuch na śmierć i żer zwierzu;
Lecz on ci chłopiec z Panem Zastępów w przymierzu,
Sięgnąwszy do swej torby, dobył kamień twardy,

Wsadził w procę i kręgi zatoczył nią w koło:
Kamień z świstem się wyrwał i wrył w groźne czoło;
Olbrzym nagle się zachwiał i runął na ziemię. -

A Dawid, przybieżawszy, w gardziel miecz mu wtłacza
I wysoko wzniesionym ściętym łbem siłacza
Sieje postrach ogromny w Filistynów plemię.