Drzewo samotne, obnażone
Podnosi chude swe ramiona,
Rozpaczy hymny śle chropawe
Do stalowego nieba próżni.
Pod drzewem stoi krzyż zmurszały,
Na nim rozpięty Chrystus kona,
Wznosząc swe oczy beznadziejne
Do stalowego nieba próżni.
Pod krzyżem dusza ma cierpiąca
Z odchłani czarnej swej nicości
Wznosi pragnienia obłąkane
Do stalowego nieba prózni
Widzisz tę konchę, co pod niebem z fali,
Rzucona w głebi oceanu toni
Spoczywa cicho wśród splotów korali?
Ona, gdy fala o jej pierś dzwoni,
Skargą boleści swojej się nie żali,
A tylko w głębi cichą łzę uroni;
W sobie zamknięta, jak w zbroi ze stali,
Łzy zmienia w perły, które rybak goni.
I ty, zrodzony na tym łez padole,
Ukryj zazdrośnie w głębi serca bole;
Niech tłum w twej duszy burzy nie odgadnie,
A tylko spokój czyta na twym czole;
Duma milczenie niech na usta kładnie,
A znajdziesz perły w sercu - na dnie.
Duchowi twemu w pomoc leci duch mój bratni -
Pędzi, leci ze świstem, jak pocisk armatni;
Uderza w mur więzienny, wybija w nim wyłom,
I drogę wskroś otwiera jasnym słońca siłom.
Ciemność na nas uderza jedną zbitą ławą:
Poszarpana na sztuki - juchą broczy krwawą;
Ucieka wstecz, w kryjówki najgłębsze zapada,
Zaczaja się i zdradnie do skoku układa.
Lecz duch mój czujny światła kieruje tam gońce;
Na łuków ich napiętej cięciwie drżą groty,
Niecierpliwie, hamując niekiełznane loty;
I oto duch twój wolny z ciemności chaosu
Wyłania się i patrzy w mroczne tajnie losu,
A blasków aureolą lśni nad tobą słońce.